We wrześniu pisałam, że w tym roku mamy w kalendarzu dużo białych pól i że bardzo mi się to podoba. Zasady o zajęciach dodatkowych przetrwały pierwszy miesiąc. Nie przetrwał za to mój stary sposób gotowania.
Kiedyś obiad był o piętnastej trzydzieści, kiedy kończę pracę. Teraz o piętnastej trzydzieści w domu jestem ja i najwyżej jedno dziecko. Zosia w poniedziałek pływa, w czwartek rysuje w domu kultury. Antek trenuje piłkę we wtorek i w czwartek na boisku przy szkole. Wiktor wraca metrem z okolic ronda Daszyńskiego i przy dobrym układzie jest w domu przed osiemnastą. Wychodzi obiad o czterech porach.
Pierwsze dwa tygodnie, czyli jak nie
Na początku gotowałam codziennie, jak zawsze. Efekt: w poniedziałek o piętnastej trzydzieści stał na stole kotlet, którego Zosia nie zjadła, bo wróciła z basenu o osiemnastej i kotlet był zimny jak płytki na basenie. W czwartek odgrzewałam trzy razy to samo, a Wiktor zjadł kolację z tego, co zostało, na stojąco. Po dwóch tygodniach miałam dość stania w kuchni, która ma sześć metrów kwadratowych i jeden blat.
Usiadłam z kalendarzem z lodówki i zrobiłam to, co robię w pracy przy kampaniach: rozpisałam, kto, kiedy i gdzie.
System dwóch garnków
Zasada jest prosta. W tygodniu gotuję dwa duże garnki: jeden w niedzielę, drugi w środę. Każdy wystarcza na dwa, trzy dni dla czterech osób. Dania muszą spełniać trzy warunki:
- Smakują po odgrzaniu. Najlepiej lepiej niż pierwszego dnia.
- Da się je odgrzewać porcjami. Jedna miska w mikrofalówce, nie cały garnek na palniku.
- Mieszczą się w termosie. O tym niżej.
W praktyce to zupy gęste, gulasze, leczo, curry z ciecierzycą, sos boloński, gołąbki w sosie, risotto, które wychodzi trochę jak kasza, ale nikt nie narzeka. Kotlety i ryba smażona zostają na środę albo na weekend, kiedy jemy razem.
Niedzielny garnek to zwykle zupa. W październiku pomidorowa z passaty, której słoiki stoją w piwnicy od sierpnia, o czym pisałam przy przetworach w bloku. Druga opcja to krupnik albo grochówka. Środowy garnek jest gęstszy: gulasz, leczo, gołąbki. Do tego codziennie świeży dodatek, który robi się w kwadrans: ziemniaki, kasza, makaron, surówka.

Termos w plecaku
Najlepszy zakup tej jesieni: dwa termosy obiadowe, takie szerokie, z łyżką w pokrywce. Zosia po basenie jest głodna jak wilk, a z basenu do domu ma jeszcze kawałek. Dawniej kupowała po drodze drożdżówkę, a w domu nie chciała już jeść obiadu. Teraz w poniedziałek rano pakuję jej termos z zupą, w szatni po basenie je ciepłe, a w domu dostaje tylko drugie danie, jeśli chce.
Antek termos zabiera we wtorek i w czwartek. Trening ma od razu po lekcjach, więc między szkolnym obiadem a kolacją byłoby dla niego za długo. Zjada w przerwie między lekcjami a treningiem. Pierwszego dnia wrócił z pełnym termosem, bo „wszyscy jedli kanapki”. Drugiego zjadł połowę. Teraz zjada wszystko i chłopaki z drużyny pytają, co ma dziś.
Kilka rzeczy, które się sprawdzają:
- Termos trzeba zalać wrzątkiem na pięć minut przed nalaniem jedzenia. Inaczej po trzech godzinach zupa jest letnia.
- Gęste lepiej niż rzadkie. Gulasz z kaszą trzyma ciepło dłużej niż rosół i nie wylewa się przy pierwszym potknięciu.
- Antek nie może dostać niczego z orzechami laskowymi. Przy jego alergii pilnuję tego w domu i wiem, że w szatni nikt nie sprawdzi. W termosie jest tylko to, co sama ugotowałam.
- Łyżka podpisana. Wróciła tylko co druga, zanim podpisałam markerem.
Wiktor i kolacja, która jest obiadem
Wiktor wraca najpóźniej. Długo jadł na mieście, bo „i tak będzie zimne”. Teraz jego porcja czeka w osobnym pudełku w lodówce, opisanym, żeby dzieci nie zjadły. Odgrzewa sam. Dla niego obiad jest kolacją i to jest w porządku. Przy dwóch garnkach na tydzień różnica w budżecie jest odczuwalna, bo jego zestawy lunchowe przy rondzie kosztowały kilkadziesiąt złotych dziennie.
Ja jem obiad o piętnastej trzydzieści, kiedy kończę pracę i zanim zacznie się popołudnie odbierania. Z Antkiem we wtorki i w czwartki jem sama. Nie przepadam za tym, ale trudno.
Środa
Środa jest dla wszystkich wolna od zajęć i to jedyny dzień, kiedy obiad jest obiadem. Około osiemnastej, kiedy Wiktor wraca, siadamy przy stole we czworo, a Pestka pod stołem, z nadzieją. Gotuję coś, czego nie da się zapakować w termos: kotlety, rybę, placki ziemniaczane, pierogi od mamy z Ochoty.
Przy środowym obiedzie dzieci opowiadają, co było w tygodniu, bo w inne dni słyszymy to w kawałkach, w drzwiach, z plecakiem na ramieniu. Zosia mówi o basenie, Antek o meczu, który przegrali „przez sędziego”. Wiktor słucha, ja słucham. Pół godziny, potem lekcje, kąpiele i spacer z Pestką o dwudziestej pierwszej.
Te pół godziny jest dla mnie ważniejsze niż cały system dwóch garnków. Garnki są po to, żeby środa była możliwa.
Lista zakupów na tydzień
Zakupy robię dwa razy: w sobotę na bazarku i w środę rano w sklepie na osiedlu. Na dwa garnki i dodatki wychodzi mniej więcej to samo co wcześniej przy codziennym gotowaniu, ale mniej wyrzucam. Wcześniej co tydzień lądowały w koszu resztki, których nikt nie chciał odgrzewać. Teraz garnek znika do dna.
W piątek nie gotuję wcale. Piątek jest „dniem resztek”: to, co zostało z obu garnków, plus jajecznica albo zupa z torebki, jeśli ktoś bardzo prosi. Dzieci nazywają to „bufetem” i chyba lubią go najbardziej z całego tygodnia.
Po miesiącu
Nie jest idealnie. Zdarza się, że garnek kończy się w czwartek rano i trzeba improwizować. Zdarza się, że Antek wraca z treningu z termosem pełnym, bo kolega miał urodziny i był tort. Ale stoję w kuchni dwa razy w tygodniu zamiast pięciu, a w środę jemy razem. Na październik z czterema porami obiadu to wystarczy.




